Wiernie i radośnie trwajcie w rozpoczętym dziele. św. Aniela Merici


ADWENT 2015

Wtorek 22.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Chcemy chwalić Jezusa całym naszym życiem. To nasze najważniejsze zadanie. Od kilku dni podpowiadamy sobie nawzajem, jaki prezent przygotować Jezusowi. Dziś jeszcze jeden uczynek miłosierdzia. Najpierw posłuchajcie jednak krótkiego opowiadania:
W niewielkim mieście żył bardzo pobożny człowiek. Często się modlił, czasem nawet w nocy rozmawiał z Panem Bogiem. A każdego dnia rano biegł do kościoła. Dziękował za wszystko i prosił o błogosławieństwo dla siebie i swojej rodziny. Pewnego dnia modlił się tak: "Panie Boże, codziennie przychodzę do kościoła. Uczestniczę we Mszy św., zapalam świecę, składam ofiarę. Proszę, choć jeden raz przyjdź do mojego domu".
Bóg wysłuchał modlitwy tego człowieka i odpowiedział: "Dobrze, przyjdę do Ciebie jutro".
Mężczyzna był bardzo szczęśliwy. Nie mógł nawet spać w nocy. Wstał wcześnie rano, żeby przygotować się na przyjście Pana Boga. Starannie wysprzątał dom, podwórko. Przed domem zawiesił girlandy. W najlepszej cukierni kupił pyszne ciasto. W pokoju ustawił pachnące róże. Ubrał się w najlepszy garnitur, wyszedł przed swój dom i czekał. Nagle obok domu przechodził biedny chłopiec. "Panie, jestem głodny. Dostanę coś do zjedzenia?" - zapytało dziecko.
- Uciekaj stąd, i to szybko! - zdenerwował sie mężczyzna. Nic ci nie dam, bo czekam na Boga, który dzisiaj mnie odwiedzi.
Usiadł wygodnie na ławeczce i kiedy zaczął się modlić, pojawił się jakiś bezdomny.
"Dobry człowieku, daj grosik potrzebującemu" - prosił.
Mężczyzna nie chciał z nim w ogóle rozmawiać. Oczywiście niczego mu nie dał.

A kiedy bezdomny odszedł, znów mógł się dalej modlić.
Minęło już południe - Boga wciąż nie było. Mężczyzna cierpliwie czekał...
Na niebie pojawiły się już pierwsze gwiazdy i mężczyzna rozpoczął wieczorne modlitwy. I wtedy przed domem pojawił się kolejny wędrowiec. "Wybacz, panie, że przerywam ci modlitwę" - powiedział - "Czy mógłbym spędzić noc na twojej ławce? Jestem bardzo zmęczony".
"Nigdy w życiu!" - zdenerwował się mężczyzna. "To miejsce mam zarezerwowane dla Boga. Odejdź stąd szybko. Poszukaj sobie innego miejsca na nocleg!".
Nadeszła noc. Bóg nie przyszedł. Mężczyzna był bardzo zawiedziony. Bóg nie dotrzymał słowa - myślał sobie. Następnego dnia rano jak zwykle poszedł do kościoła. Zapalił świecę, złożył ofiarę, ale tym razem już nie dziękował, tylko od razu z żalem zapytał: "Dlaczego do mnie nie przyszedłeś, Boże? Przecież mi obiecałeś!". I wiecie, co odpowiedział Pan Bóg? "Trzy razy przychodziłem do ciebie, ale ty za każdym razem mnie przepędziłeś". Człowiek bardzo się zawstydził, ale zrozumiał ważną rzecz. Pan Bóg przyszedł do niego w ludziach, których przepędził sprzed swojego domu.
Dzisiaj na ostatnim obrazku nie ma już ilustracji świętego. Obok uczynku miłosierdzia względem ciała: "Podróżnych w dom przyjąć" jest napis "Chrześcijanie XXI wieku". O kim mowa? Chodzi o nas. To my jesteśmy chrześcijanami XXI wieku.
Kiedy opowiadałem tę historię, pomyślałem o wieczerzy wigilijnej. Bo jest taka polska tradycja, że na stole wigilijnym zawsze stawia się dodatkowy talerz dla wędrowca. Ale zastanawiam się, czy jeśli rzeczywiście do pięknie przygotowanego ciepłego domu zapukałby wędrowiec, jakiś bezdomny człowiek, czy znalazłoby się dla niego miejsce?
Opowiadała kiedyś pewna pani, że jednego roku, gdy zasiedli już do uroczystego stołu wigilijnego, ktoś zapukał do drzwi. Wszyscy zamarli. Okazało się, że za drzwiami stał obcy mężczyzna. Nie był brudny ani zaniedbany, tylko bardzo biedny. Nie wiedzieli, wpuścić go czy nie? A może to złodziej, a może morderca?
W końcu otworzyli. Mężczyzna był po prostu głodny. Tej rodzinie jakoś głupio się zrobiło i zaprosili go do środka. Nawet nie do kuchni, tylko do pokoju, gdzie stał stół wigilijny. Atmosfera była trochę dziwna - wiadomo, obcy człowiek przy stole. Nie wiadomo kto. Nie umieli normalnie rozmawiać. Wigilia strasznie się dłużyła. A po wieczerzy, ku zaskoczeniu wszystkich, niespodziewany gość, wychodząc, podziękował i powiedział: "Bóg wam za to pobłogosławi".
Pan Jezus wyraźnie powiedział: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Cokolwiek dobrego zrobimy dla innych, to tak jakbyśmy dawali prezent Jezusowi.


Poniedziałek 21.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Jeśli ktoś żyje z Bogiem, to nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Dzisiaj chciałbym wspomnieć o uczynkach, które czasem chyba są trudniejsze do wypełnienia niż zdobycie Mount Everestu w Himalajach. Niemożliwe? A jednak... Są takie dwa uczynki miłosierdzia względem duszy, dość podobne do siebie: "Krzywdy cierpliwie znosić" i "Urazy chętnie darować". Można je spiąć jednym słowem - przebaczeniem. Myślę, że przebaczenie to jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie. Czasem ktoś mówi, że kiedy przebacza się komuś, kto skrzywdził, to w sercu trzeba poczuć ulgę. A ktoś inny mówi: a ja nic nie poczułem.
No właśnie. A przebaczenie to nie jest dezodorant albo perfumy. Kiedy się przebacza, nic nie trzeba czuć. Bo przebaczenie to jest decyzja! Trudne? Pomyśl, to od Ciebie zależy, czy chcesz przebaczyć, czy nie. Gdy powiesz szczerze: przebaczam, to wcale nie musi ci spaść kamień z serca, bo tak jak powiedziałem, to jest decyzja, a nie uczucie. Kiedy trudno Ci przebaczyć - bo tak bywa, że krzywda jest bardzo wielka - ale bardzo tego chcesz, to trzeba wyszeptać nawet przez zaciśnięte zęby, ale szczerze: "Przebaczam w imię Jezusa Chrystusa". I to naprawdę działa. I wtedy wcale nie musi Ci się zrobić w duszy sielsko-anielsko.
Przykładem przebaczenia może być dla nas niezwykła kobieta - Marianna Popiełuszko. Była mamą zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki. Ksiądz Jerzy nie bał się mówić prawdy. Głosił odważnie kazania o wolności, o tym, by zło zwyciężać dobrem. Nie podobało się to komunistycznej władzy. I w 1984 roku stała się rzecz straszna. Ci, którzy wtedy rządzili Polską, wydali wyrok śmierci na księdza Jerzego. Uprowadzonego brutalnie pobili i zamordowali, a ciało wrzucili do Wisły.
Pani Marianna przechowywała w domu fotografię swojego ukochanego syna zrobioną po tym, jak znaleziono jego ciało. Twarz księdza Jerzego była jedną wielką raną. Trudno dojrzeć na niej oczy, usta, nos.
Pomyślcie, to dla matki nie do wytrzymania. Jak przeżyć coś takiego? Posłuchajcie, co powiedziała pani Marianna:
"To wielki kamień na sercu. Serce po prostu pęka. Wiecie, co mnie ratowało, gdy to wszystko zobaczyłam? To, że patrzyłam na Matkę Bożą. Ona to dopiero wycierpiała. Widziała ciało zabitego Syna. Ja cierpiałam razem z Nią. Ona nad swoim Synem, ja nad swoim. Tylko to mnie trzymało. Tylko dzięki Bogu potrafiłam z serca przebaczyć oprawcom. Bóg pomagał mi pogodzić się z Jego wolą. Przebaczyłam mordercom, ale to nie moja zasługa. To dar Ducha Świętego.
Mimo takiej tragedii pani Marianna przebaczyła. Może jest ktoś, komu też powinniście przebaczyć. Koniecznie trzeba to zrobić przed świętami. A czasu już niewiele...


Piątek 18.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Bóg jest zawsze. Dla Niego nie ma czasu, ale kiedy człowiek zaprasza Go do swojego życia, JEST z nim jeszcze bardziej, jeszcze bliżej. Tak stało się w Polsce w 966 roku, gdy Mieszko przyjął chrzest - od tamtej chwili Bóg jest obecny w naszym narodzie. Tak stało się w życiu każdego z nas, kiedy przyjęliśmy chrzest. Od tej chwili Bóg jest obecny w naszym życiu. Choć czasem od Niego odchodzimy, On pozostaje wierny.
W ciągu ostatnich dni mogliśmy zobaczyć, jak wiele może zależeć od jednego człowieka. Od kogoś, kto bezgranicznie ufa Panu Bogu i otwiera się na Jego Słowo i na Jego miłosierdzie. Taka osoba zapomina o sobie i staje się jak listonosz, który przynosi ludziom podarunki z nieba. Dziś poznamy człowieka, który wierzył w nieprawdopodobną moc modlitwy.
Mamy taki uczynek miłosierdzia, który przypomina o modlitwie: Modlić się za żywych i umarłych.
W połowie XII wieku na Wrocław napadli Tatarzy. Przerażeni mieszkańcy uciekli przed strasznym pożarem i schowali się w lasach. Tylko na zamku wrocławskim bronił się książę Henryk II Pobożny. Zamek pozostał niezdobyty. Jak to możliwe?
We Wrocławiu mieszkali już wtedy dominikanie. Wśród nich był Czesław Odrowąż - krewny św. Jacka. Gdy na mury Wrocławia spadły kule ognia wystrzeliwane przez Tatarów, obrońcy uciekli, a Czesław bez chwili wahania zdobył się na szaleństwo. Nie zważając na niebezpieczeństwo, wziął do ręki monstrancję z Najświętszym Sakramentem, wyszedł na mury miasta i ... poprowadził procesję. Głośno błagał Boga o ratunek. Legenda głosi, że kule zaczęły przelatywać nad miastem, nie wyrządzając krzywdy mieszkańcom. Więcej: zaczęły spadać na Tatarów, którzy widząc cud... uciekli.
Czesław, którego po śmierci ogłoszono błogosławionym, został patronem Wrocławia.
Popatrzcie, jaką moc ma modlitwa. Wiara i modlitwa błogosławionego Czesława zmieniła bieg wydarzeń! Nie wiadomo, jak potoczyłaby się historia tego pięknego miasta, gdyby zdobyli je Tatarzy...
Pan Jezus wyraźnie powiedział: proście, a otrzymacie. Dlatego dzisiaj proszę Was, byście wieczorem pomodlili się za kogoś, kto bardzo potrzebuje pomocy. Może to jest chora babcia, może zmęczeni, zapracowani rodzice, może koleżanka, której dokucza cała klasa, a może niedawno zmarły sąsiad? Opowiedz Panu Jezusowi o tych osobach.
A my na koniec pomodlimy się za naszą Polskę, byśmy byli wierni Panu Jezusowi.

Panie Jezu, od tysiąca lat jesteśmy Twoimi dziećmi. Prosimy Cię o mądrość i świętość dla każdego. Byśmy nie zapominali Twoich przykazań i zawsze pozostali Tobie wierni. Wszyscy święci polscy módlcie się za nami.


Czwartek 17.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Nasze roratnie drzewo życia rozrasta się coraz bardziej. Przeszliśmy już naprawdę długą drogę. Poczynając od Mieszka I, dzięki któremu Polska przyjęła chrzest, przez świętą Jadwigę, która dbała o ciało i duszę swoich poddanych, świętą Faustynę, dzięki której świat dowiedział się o wielkim miłosierdziu Boga, Jana Pawła II, polskiego papieża, który zaniósł Jezusa całemu światu, doszliśmy do nas, ludzi XXI wieku. Bo dzięki temu, że wiara przekazywana jest w naszym narodzie od pokoleń, przyszliśmy na świat w chrześcijańskiej Polsce i teraz kolej na nas. Jan Paweł II prosił nas, byśmy przekazywali światu ogień miłosierdzia. I dlatego poznajemy uczynki miłosierdzia względem duszy i ciała. Uczymy się je wypełniać od ludzi, którym się to już udało. Nasi polscy święci, żyjący przed nami, pokazują, jak można życiem wypełniać uczynki miłosierdzia i w ten sposób mówić Jezusowi, że się Go kocha, wyznawać Mu miłość. Dzisiaj kolejny uczynek miłosierdzia: "Nieumiejętnych pouczać".
Niektórzy z Was tu obecnych jeszcze niedawno chodzili do przedszkola. 150 lat temu o przedszkolach w Polsce nikomu się nie śniło. Nie było takiej możliwości, tym bardziej na wsiach. Rodzice pracowali ciężko w polu, wychodzili z domu bladym świtem i wracali po zmroku. A dzieci? Nie miały żadnej opieki. Biegały po wiejskich podwórkach, gdy mama i tata pracowali u bogatych właścicieli ziemskich.
Ale na szczęście pojawił się człowiek, który bardzo przejmował się dziećmi, zaniedbanymi, biednymi, dziećmi bez opieki... Przejął się tak bardzo, że postanowił coś dla nich zrobić. Ten człowiek nazywał się Edmund Bojanowski. Dziś już błogosławiony.
Był bardzo chorowitym dzieckiem. Mama bardzo się o niego martwiła. Gdy miał 4 latka, znowu zachorował, a lekarze stwierdzili, że tym razem choroba chyba doprowadzi Edmunda do śmierci.
Wiecie, co zrobiła jego mama, jak usłyszała taki wyrok? Zaniosła swojego ukochanego synka do Gostynia, to było jakieś 3 kilometry od domu. Tam, na Świętej Górze, przed obrazem Matki Bożej Bolesnej błagała o jego zdrowie. Prosiła, by Maryja zajęła się jej dzieckiem. Kiedy wróciła do domu, co się okazało? Że jej mały Mundek jest całkiem zdrowy! Opowiadano o tym we wsi długie, długie lata. To był prawdziwy cud.
Edmund dorastał, znakomicie się uczył. Dostał się nawet na studia do Wrocławia, a potem do Berlina. Studiował filozofię, historię sztuki, muzykę, psychologię, poezje i logikę. Zdolny był bardzo. Z wypiekami na twarzy pochłaniał książki. To była jego pasja. Sam zaczął książki wydawać, a nawet przetłumaczył ich sporo z innych języków.
Edmund Bojanowski widział, że nie wszystkie dzieci na wsi mogły się uczyć tak jak on. Postanowił coś z tym zrobić. I zamiast zająć się swoją karierą, zaczął pomagać wiejskim dzieciom. Zaczął tworzyć biblioteki i czytelnie. To była prawdziwa rewolucja! Czegoś takiego jeszcze na wsi nie było!
Kiedy w połowie XIX wieku w Wielkopolsce wybuchła śmiertelna epidemia i wiele dzieci straciło rodziców, Edmund utworzył dla nich pierwszą ochronkę. Bojanowski wiedział, że dziecko nie potrafi długo skupić uwagi, i zalecał, by "poważne" lekcje przeplatać gimnastyką i śpiewem.
Edmund Bojanowski - sam bardzo dobrze wykształcony - uczył i wychowywał najmłodszych. A dzieci za nim przepadały. Wyczuwały jego ogromną życzliwość i miłość. Do tego stopnia, że czasem nazywały go tatą. A on powtarzał najczęściej: "Ja nic nie znaczę. To Bóg kieruje wszystkim".
Dzięki błogosławionemu Edmundowi Bojanowskiemu mnóstwo zaniedbanych dzieci trafiło pod ciepłe, przytulne dachy ochronek. Po raz pierwszy w życiu miały okazję uczyć się wraz z rówieśnikami...
Co Wy możecie zrobić?
Można komuś pomóc w odrobieniu lekcji w świetlicy szkolnej czy w klasie - sami wiecie kto ma z tym często problem. Można zająć się młodszymi dziećmi, pobawić się z nimi. Ale trzeba też taką pomoc zaproponować, nie tylko czekać, aż ktoś o pomoc poprosi.
I jeszcze jedno na koniec. Nie chodzi o to, by się wymądrzać i tylko pouczać innych. Chodzi o to, by razem z pouczaniem, nauczaniem, radzeniem, pomocą szły serdeczność i wielkie, dobre serca. Tak jak to robił bł. Edmund Bojanowski. Jego dobroć wyczuwano na odległość.

Błogosławiony Edmundzie, w pamięci ludzi zapisałeś się jako człowiek pełen miłosierdzia, niezaniedbujący żadnej okazji do jego pełnienia. Przez twoje ręce Bóg okazywał swoją Opatrzność wobec dzieci, chorych, ubogich, pogardzanych i przegranych w oczach tego świata. Wyjednaj nam dar „wyobraźni miłosierdzia", łaskę serca otwartego, byśmy w potrzebujących dostrzegali Oblicze Chrystusa. „Serdecznie dobry człowieku", módl się za nami, aby u schyłku życia i o nas można było powiedzieć: całe ich życie „to jeden wątek miłości, to ciągła pamięć o tym, który cierpi, a zapomnienie o sobie, to ustawiczne miłosierdzie". Amen


Środa 16.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Kochani! Pytałem Was wczoraj o prezent dla Pana Jezusa, bo Boże Narodzenie to przecież Jego urodziny. Mam nadzieję, że to pytanie nie daje Wam spokoju...
Dziś kolejne uczynki miłosierdzia i kolejny pomysł na prezent dla Pana Jezusa. Na naszej dekoracji pojawia się obrazek z napisem "Chorych nawiedzać" i do tego Święty Szymon z Lipnicy. Właśnie w Lipnicy w połowie XV wieku urodził się święty Szymon. Był bardzo zdolnym dzieckiem. Studiował na Akademii Krakowskiej. I być może zrobiłby nawet karierę jako naukowiec, gdyby nie pewne spotkanie...
Tłum na krakowskim Rynku nie mógł wyjść z podziwu. Na środku jakiś włoski zakonnik głosił płomienne kazanie, wzywając do pokuty.
- Kto to? - pytali ludzie.
- To Jan Kapistran, uczeń św. Bernarda ze Sieny, wielkiego reformatora zakonu franciszkańskiego. Przybył tu na zaproszenie naszego króla - Kazimierza Jagiellończyka.
Gdy Szymon usłyszał o Janie Kapistranie, postanowił zrezygnować z kariery naukowca i wstąpił do bernardynów. Kiedy Szymon został kapłanem, wysłano go do katedry na Wawel. To dopiero był zaszczyt! Swymi kazaniami młody zakonnik zachwycił pół Krakowa.
Był taki czas w XV wieku, kiedy w różnych miastach Europy - w Krakowie również - wybuchła dżuma, epidemia zwana czarną śmiercią. Każdego dnia umierało nawet 50 ludzi. Szymon nie opuścił Krakowa w trudnym czasie. Wyszedł na ulice, by służyć chorym, spowiadać ich, udzielać Komunii i sakramentu chorych. Pewnego dnia na ciele mnicha pojawił się czerwony wrzód. Następnego dnia był już czarny i po sześciu dniach zmarł.
Cały Kraków powtarzał, że umarł święty. Jego grób zaczęli szturmować ludzie. Podobno po jego śmierci zanotowano aż 377 cudownych uzdrowień i wyproszonych łask. Pewnie Szymon z Lipnicy patrzy dziś na nas z nieba i uśmiecha się. On już wie, że to, co zrobił, pomaganie chorym, bycie przy nich do końca, było lepsze od doktoratów czy kariery naukowca. I pewnie każdemu z Was chciałby szepnąć do ucha: nie zapominajcie o chorych. Odwiedźcie ich. Może to jest babcia, może dziadek, a może koleżanka z klasy?
Święty Szymonie z Lipnicy, cudowny Lekarzu chorych. Ty wielu chorym przywracasz zdrowie i siły do pełnienia codziennych obowiązków. Spójrz na chorych z naszych rodzin i nam bliskich. Wejrzyj na ich duchowe i cielesne cierpienia. Daj im siłę i wiarę, by z pokorą je znosili.

Święty Szymonie pozwól im doznać Twojej pomocy i jeśli taka będzie wola Boża, wyproś dla nich łaskę wyzdrowienia. Przywróć im zdrowie, o które z wiarą i ufnością pokornie prosimy. Amen
Święty Szymonie, Opiekunie chorych módl się za nami.


Wtorek 15.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Jan Paweł II w Łagiewnikach, kiedy poświęcał sanktuarium, prosił, żebyśmy dbali o tę iskrę, żeby to, co zaczęło się tam przez siostrę Faustynę, było przekazywane dalej. Z Polski na cały świat. Żebyśmy rozniecali ogień Bożej miłości. To jest nasze bardzo ważne zadanie. Teraz... kolej na nas! Przez najbliższe dni będziemy konkretnie mówić, jak to zrobić. Bo to, że każdy się do tego nadaje, jest pewne.
Do Bożego Narodzenia został nam już tylko tydzień. Oprócz tego, że na ten dzień przygotowujemy nasze serca, przygotowujemy też na to wielkie święto nasze domy, robimy porządki w naszych pokojach i myślimy o prezentach. A czyje to urodziny świętujemy 25 grudnia? No właśnie, Pana Jezusa. A macie dla Niego jakiś prezent? Ciekawe, z czego najbardziej ucieszyłby się Pan Jezus? Co sprawiłoby Mu największą radość? Z poufnych źródeł wiem, że najbardziej cieszy się, gdy mówimy Mu, że Go kochamy. Gdy szepczemy, że nie wyobrażamy sobie życia bez Niego. Pan Jezus jest wtedy bardzo, bardzo wzruszony. Cieszy się też bardzo gdy widzi, jak pomagamy Jego braciom, czyli naszym kolegom i koleżankom, bratu, siostrze, rodzicom, starszym, chorym ludziom. Kiedy mamy wrażliwe serce na biedę innych ludzi.
Kościół wymienia takie prezenty, które możemy dać innym. Nazywają się one uczynki miłosierdzia względem ciała i względem duszy. Uczynki miłosierdzia względem ciała to: Głodnych nakarmić; Spragnionych napoić; Nagich przyodziać; Podróżnych w dom przyjąć; Więźniów pocieszać; Chorych nawiedzać; Umarłych pogrzebać. Uczynki miłosierdzia względem duszy to: Grzesznych upominać; Nieumiejętnych pouczać; Wątpiącym dobrze radzić; Strapionych pocieszać; Krzywdy cierpliwie znosić; Urazy chętnie darować; Modlić się za żywych i umarłych. Jestem pewny, że wiele z tych uczynków wypełniacie na co dzień i nawet się nad tym nie zastanawiacie. Wśród tych uczynków pewnie znajdą się takie, z których będziecie mogli Jezusowi zrobić prezent.
Żył kiedyś w Krakowie pewien człowiek. Nazywał się Adam Chmielewski. Ludzie mówili o nim, że będzie znakomitym malarzem, bo często widziano go przy sztalugach, malującego zachwycające obrazy. Ale wybuchło powstanie styczniowe. Adam Chmielewski został ciężko ranny i stracił nogę. Wyobrażacie sobie, jakie to było dla niego trudne? Miał dopiero 18 lat. Potem wyjechał z Krakowa, we Francji poznał dobrych malarzy i w końcu postanowił studiować malarstwo. I wszystko szło w tym kierunku, gdyby nie to, że w pewnym momencie Adam zostawił sztukę i całe swoje życie poświęcił... najbiedniejszym mieszkańcom Krakowa.
"Zwariowany artysta" poszedł pewnego dnia do miejskiej ogrzewalni w Krakowie. Wydawało mu się, że jest w piekle. Prawie 200 osób tłoczyło się w zaduchu i okropnym smrodzie. Jeden przy drugim leżeli dorośli, małe dzieci, zdrowi obok chorych, uczciwi obok złodziei i pijaków. Ich szmat y, które trudno nazwać ubraniami, suszyły się zawieszone na rurze. Oszołomiony tym okropnym widokiem postanowił pomóc tym ludziom, zapomnianym i niepotrzebnym nikomu. Zmienił wszystko w swoim życiu. Porzucił malarstwo i przeniósł się do tych biedaków. Zamieszkał razem z nimi w ogrzewalni miejskiej - tak nazywały się wtedy miejsca, w których przebywali bezdomni Krakowa. Swoje wspaniałe obrazy sprzedał, a pieniądze przeznaczył dla najbiedniejszych. Mało tego, jego pracownia malarska stała się przytuliskiem dla chorych i bezdomnych. W twarzach tych nędzarzy widział umęczoną twarz Jezusa. To z miłości do Niego zrezygnował z kariery. Adam Chmielowski postanowił żyć jak zakonnik i nawet zmienił imię. Odtąd nazywał siebie brat Albert.
Brat Albert doskonale wypełnił dwa uczynki: "Głodnych nakarmić"; "Spragnionych napoić". Był niesamowity. Ubogim rozdał swój majątek i z pasją opowiadał o miłosiernym Bogu.

Boże bogaty w miłosierdzie, Ty natchnąłeś św. Brata Alberta, aby dostrzegł w najbardziej ubogich i opuszczonych znieważone oblicze Twojego Syna. Spraw łaskawie, abyśmy spełniając dzieła miłosierdzia, za jego przykładem umieli być braćmi wszystkich potrzebujących. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen


Poniedziałek 14.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Od tygodnia już rozmawiamy o wielkiej świętej. Trudno się dziwić, bo prowadziła ona niezwykłe rozmowy z samym niebem, bo została wybrana z naszego narodu przez samego Boga, bo zostawiła nam ślady tych wyjątkowych spotkań i rozmów.
Wiecie, tak sobie myślę, to też nie jest chyba przypadek, że Pan Bóg wybrał na "sekretarkę" swojego miłosierdzia siostrę Faustynę, która nosiła nazwisko Kowalska - najpopularniejsze nazwisko w Polsce. Może chciał nam przez to powiedzieć, że każdy Polak może być świętym. Może chciał nam przez wybór siostry Faustyny Kowalskiej szepnąć: "Nie bójcie się świętości. Świętość jest też dla was, dla każdego Kowalskiego i każdej Kowalskiej!". Mam nadzieję, że każdy z Was chciałby zostać świętym...
Wyobraźcie sobie, że siostra Faustyna widziała dzień, w którym papież ogłosi ją uroczyście świętą. Co więcej, widziała, że uroczystość miała się odbyć równocześnie w Rzymie i w Krakowie. Jak to możliwe? Ona też nie miała zielonego pojęcia. Dzisiaj to wydaje sie proste, połączenia satelitarne, Internet i tym podobne sprawy. Ale to nie te czasy. Siostra Faustyna miała to widzenie dwa lata przed wojną czyli w 1937 roku. Wtedy siostra Faustyna nie miała bladego pojęcia, że te dwa miasta, Rzym i Kraków, które dzieli ponad 1500 kilometrów, za kilkadziesiąt lat połączą potężne telebimy i łącza satelitarne. Posłuchajcie, co zobaczyła siostra Faustyna:
"Nagle ujrzałam św. Piotra, który stanął między ołtarzem i Ojcem Świętym. Nie mogłam słyszeć, co mówił, lecz poznałam, że Ojciec Święty rozumiał jego mowę. Wtem ujrzałam, jak z Hostii świętej wyszły dwa promienie, takie jak są namalowane na tym obrazie, i rozeszły się na świat cały. Było to w jednym momencie, a jakby cały dzień trwało. I kaplica nasza była cały dzień przeludniona, a cały ten dzień był przepełniony radością. I nagle ujrzałam Pana Jezusa żywego na ołtarzu naszym w postaci, jako namalowany na obrazie tym.
To, co siostra Faustyna widziała w 1937 roku, czyli prawie 80 lat temu, stało się dokładnie 30 kwietnia 2000 roku. Papież Jan Paweł II ogłosił wtedy w Rzymie, że siostra Faustyna, polska zakonnica, jest świętą, a ci, którzy w tej niezwykłej uroczystości uczestniczyli w krakowskich Łagiewnikach, spoglądając na ogromny telebim, mieli wrażenie, jakby stali na placu św. Piotra wypełnionym po brzegi. Jednych i drugich, czyli Rzym i Kraków, połączyły telebimy, a kanonizacja, jak to proroczo zapowiadał siostrze Faustynie Pan Jezus, odbyła się w dwóch miejscach naraz! Pan Jezus zawsze dotrzymuje słowa.
Dwa lata później, w sierpniu 2002 roku, Jan Paweł II przyjechał do Krakowa i uroczyście poświęcił sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Pewnie niektórzy z Was już byli w tym sanktuarium.
Papież był już wtedy bardzo schorowany i słaby, ale bardzo chciał, by wiadomość o miłosiernej miłości Boga, którą przez świętą Faustynę ogłosił Pan Jezus, dotarła do wszystkich mieszkańców ziemi i napełniała ich serca nadzieję. Posłuchajcie, co mówił papież.
"Niech to przesłanie rozchodzi się z tego miejsca na cała naszą umiłowaną Ojczyznę i na cały świat. Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść "iskra, która przygotuje świat na ostateczne Jego przyjście". Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!
To zadanie powierzam wam, drodzy bracia i siostry, Kościołowi w Krakowie i w Polsce oraz wszystkim czcicielom Bożego miłosierdzia, którzy przybywać będą z Polski i z całego świata. Bądźcie świadkami miłosierdzia!".
Jan Paweł II zostawił nam jakby testament. Prosił, żeby to, co zaczęło się tam przez siostrę Faustynę, było przekazywane dalej, z Krakowa, z Polski, na cały świat. To jest nasz obowiązek. Mamy być świadkami MIŁOSIERDZIA!
Święta Faustyna przekazała nam wszystko, co powiedział jej Jezus, wszystko zapisała w "Dzienniczku". Teraz... kolej na nas!
Też mamy być świętymi i opowiadać najbliższymi w domu, kolegom i koleżankom w szkole, na podwórku - również swoim zachowaniem - o Bożym miłosierdziu. Nadajecie się do tego?
Święta Faustyna mówiła, że się nie nadaje. Też była zdumiona, że Bóg wybiera ją, taką słabiznę. Pamiętajcie! Każdy się nadaje! Bóg zaprasza do wielkiej przygody KAŻDEGO! Bądźmy święci i zapalajmy świat Bożą miłością! Z Bogiem wszystko jest możliwe. Od jutra będziemy słyszeli, jak to konkretnie zrobić.


Piątek 11.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Ostatnio przekonaliśmy się, w jak nieprawdopodobnie szybkim tempie kult Bożego miłosierdzia rozprzestrzenił się z Polski na cały świat. Pan Bóg przez siostrę Faustynę przekazał dla nas koło ratunkowe. A tym kołem ratunkowym jest Koronka do Bożego Miłosierdzia.
Rok temu po niedzielnej modlitwie "Anioł Pański" papież Franciszek zaczął polecać wiernym lek na ... serce. Na placu Świętego Piotra zapanowała cisza. Ludzie byli zdumieni. Papież bawi się w aptekarza albo może w lekarza? A papież spokojnie mówił dalej:
- Chciałbym Wam polecić lekarstwo złożone z 59 pigułek. Ten nietypowy lek nazywa się Misericordina. Jak się okazało, z pudełka, które łudząco przypominało opakowanie na lekarstwo, papież wyciągnął ... różaniec i obrazek Jezusa Miłosiernego. I potem jeszcze na koniec dodał: - Nie zapomnijcie wziąć Misericordiny, bo dobrze robi na serce, duszę i jest dobra na całe życie!
Być może domyślacie się, co to takiego ta Misericordina. Podpowiem, że nie chodzi o modlitwę różańcową. I druga podpowiedź: łacińskie słowo "misericordia" oznacza miłosierdzie. Teraz już pewnie więcej osób wie, co to jest Misericordina. Tak, jest to Koronka do Bożego Miłosierdzia.
W tej Koronce przypominamy sobie to, co się stało przed dwoma tysiącami lat. To, że Jezus swoim życiem, swoim cierpieniem zapłacił za nasz bilet do nieba. Cena była ogromna. Jezus zapłacił swoją Krwią, by odkupić nasz grzech.
Tę modlitwę podyktował siostrze Faustynie sam Jezus. Tak jak prosił, by powstał Jego wizerunek, tak też prosił, by ludzie odmawiali Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Powiedział jeszcze do Faustyny tak: "Kapłani będą ją podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku". I jeszcze jedno bardzo ważne zdanie: "Chociażby grzesznik był najzatwardzialszy, jeżeli choć raz zmówi te koronkę, dostąpi łask z nieskończonego miłosierdzia Mojego".
Jezus chce każdemu okazać swoje miłosierdzie i oczyścić go z grzechów. Boże przebaczenie dostajemy od Jezusa, i to zupełnie za darmo! I jeszcze jedno, siostra Faustyna przekonała się, a właściwie powiedział jej to Pan Jezus, że za pomocą koronki można uprosić dosłownie wszystko. Posłuchajcie, co wydarzyło się pewnego upalnego dnia. "Dziś jest tak wielki upał, że trudno wytrzymać. Pragniemy deszczu, a jednak nie pada. Ziemia jest sucha. Kiedy spojrzałam na te rośliny, spragnione deszczu, litość mnie ogarnęła i postanowiłam sobie odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia tak długo, aż Bóg spuści deszcz. Po podwieczorku niebo okryło się chmurami i spadł rzęsisty deszcz na ziemię. I dał mi Pan poznać, że prze tę modlitwę wszystko można uprosić".
Pan Jezus w swoich objawieniach powiedział też do Faustyny:
"Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia. Pragnę aby Święto Miłosierdzia było ucieczką i schronieniem dla wszystkich dusz, a szczególnie dla biednych grzeszników. W tym dniu otwarte są wnętrzności miłosierdzia Mego, wylewam całe morze łask na dusze, które zbliżają się do źródła miłosierdzia Mojego. Która dusza przystąpi do spowiedzi i Komunii Świętej, dostąpi zupełnego odpuszczenia win i kar. W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski".
Już sobie wyobrażam siostrę Faustynę, kiedy usłyszała te słowa. Jak to zrobić? Jak nieznana nikomu zakonnica ma ogłosić, że na całym świecie ma być obchodzone nowe święto? Wydawało się, że to niemożliwe. Tymczasem wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy.
I stało się. Równo w 2000 roku, kiedy Jan Paweł II ogłaszał, że siostra Faustyna jest świętą, ogłosił też, że tydzień po Wielkanocy, w niedzielę, mamy świętować Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Pan Jezus obiecał, że "wyleje morze łask na tego, kto zbliży się do Niego w święto Bożego Miłosierdzia".
Jezus ciągle chce nam przebaczać! Nigdy nie mówi jak my czasem: "Nie przebaczę co do końca życia". On przebacza jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze, i jeszcze...
Zachęcam Was, byście często modlili się Koronką do Bożego Miłosierdzia. Dzisiaj wieczorem spróbujcie pomodlić się z całą rodziną.


Czwartek 10.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Nie było to wszystko takie proste, i natychmiast - jak czasem byśmy chcieli.
Siostrę Faustynę spotykało na początku wiele przykrości. Wyśmiewano ją, obrażano, a ona... ufała Jezusowi. Była mu baaaardzo posłuszna.
Dziś opowiem, co kazał jej zrobić Pan Jezus, mimo że kompletnie tego nie umiała.
Było to w Płocku. Wiecie już, że tam w klasztorze mieszkała jakiś czas siostra Faustyna. Pracowała w zakonnej piekarni, dźwigała ciężkie kosze pełne pachnącego chleba, na kolanach szorowała podłogi. Któregoś dnia wieczorem jak zwykle weszła do swojej celi, czyli zakonnego pokoju, i... ujrzała Pana Jezusa. Zaczęli rozmawiać. W pewnym momencie Gość z nieba poprosił:
- Faustyno, namaluj, proszę, mój obraz.
- Ja?! Panie Jezu, nigdy w życiu! Ja nie potrafię malować!
- Faustyno, namaluj mnie tak, jak mnie teraz widzisz - prosił Jezus.
- Panie Jezu, już Ci mówiłam, nie umiem. Zamiast Twojej pięknej postaci ludzie ujrzeliby kogoś całkiem niepodobnego do Ciebie.
- Nie martw się, Faustyno, nie musisz sama malować. Znajdź malarza, który namaluje mnie takiego, jak mnie widzisz.
Przyznacie, zadanie było karkołomne. Już nie wiadomo, co trudniejsze, malować samemu czy szukać malarza. I poza tym - gdzie szukać i jak mu opowiedzieć słowami, jak cudnie wygląda Pan Jezus, który do niej przychodził.
Na szczęście w Wilnie ks. Michał Sopoćko, znany Wam już spowiednik siostry Faustyny, znalazł malarza - Eugeniusza Kazimirowskiego.
I tak jak chciał sam Pan Jezus, obraz został wystawiony w publicznym miejscu, a z czasem trafił na cały świat.
Rozejrzyjcie się, gdzie w waszych kościołach ten obraz się znajduje - bo nie ma chyba na świecie kościoła bez obrazu Jezusa Miłosiernego z napisem "Jezu, ufam Tobie". Ten napis też Pan Jezus kazał umieścić na obrazie. Popatrzcie na niego, z Serca Jezusa tryskają dwa strumienie: blady i czerwony. Symbolizują one wodę i krew. Wodą chrztu i swoją świętą Krwią Zbawiciel obmywa nas z brudu naszych grzechów. To jest Jego miłosierdzie.
Aż wierzyć się nie chce, że to, co opowiadała święta Faustyna Kowalska, prosta zakonnica, dotarło na wszystkie kontynenty. Bez reklamy, bez marketingu i bez sponsora.
Jak więc to się stało, że w tak nieprawdopodobnie szybkim tempie kult Bożego Miłosierdzia rozprzestrzenił się na wszystkie kontynenty? Posłuchajmy opowieści kilku misjonarzy, którzy w dalekich krajach opowiadają o Ewangelii Jezusa.
Ojciec Konrad Keler, werbista:
"Na Filipinach nabożeństwo do Bożego Miłosierdzia rozpowszechniło się tak bardzo, że wielu Filipińczyków nosi zegarki z zaznaczoną godziną 15.00. Miliony ludzi o tej godzinie odmawiają Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Kiedyś płynąłem statkiem z wyspy na wyspę i o piętnastej na ekranie pojawiła się twarz Jezusa Miłosiernego, a wszyscy pasażerowie chwycili za różańce".
Ks. Tomasz Pocałujko:
Zdumiewało mnie zawsze, że koronkę i obraz "Jezu, ufam Tobie" znają ludzie na całym świecie. Trafiłem kiedyś w Argentynie w góry. Do maleńkiego kościoła w wiosce "na końcu świata". - Tu na pewno nie znajdę tego obrazu - pomyślałem. Wchodzę do kościoła, patrzę na ołtarz: nie ma! Pierwszy kościół, w którym nie ma tego obrazu! Odwróciłem się i zobaczyłem: przy samych drzwiach wisiał niewielki wizerunek Jezusa Miłosiernego.
Dzisiejszego wieczoru zaproście swoją rodzinę, mamę, tatę, brata, siostrę, ciocię, babcię - wszystkich, którzy są w domu, i pomódlcie się razem przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Proście Go o dobre przygotowanie całej rodziny do Bożego Narodzenia. A teraz powiedzmy Jezusowi, że Mu bardzo ufamy:
Ufam Tobie, boś Ty wierny. Wszechmocny i miłosierny. Dasz mi grzechów odpuszczenie, łaskę i wieczne zbawienie. Amen


Środa 9.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Wczoraj rozpoczął się w Kościele Nadzwyczajny Rok Miłosierdzia. Miłosierdzie to coś najlepszego, co Bóg ma dla człowieka. Ludzie bardzo długo tego nie wiedzieli. Dlatego Pan Bóg wybrał Faustynę, zakonnicę z Polski, z naszego kraju, by całemu światu przekazała tę dobrą wiadomość o nieskończonym miłosierdziu Boga.
Wyobrażacie to sobie? Siostra, która nawet szkoły podstawowej nie skończyła, nikt jej nie znał, miała wykonać tak ważne zadanie! Opowiem Wam, jak to się zaczęło. A zaczęło się od bardzo zwyczajnego spotkania... Było to w Wilnie, w czwartek, 1 czerwca 1933 roku. Do klasztoru sióstr Matki Bożej Miłosierdzia przy ulicy Senatorskiej 25 wszedł ksiądz Michał Sopoćko. Usiadł w konfesjonale i wtedy ją zauważył. Była nowa w klasztorze, nie widział jej nigdy wcześniej.
To była siostra Faustyna. Miała wtedy 28 lat i rzeczywiście dopiero co przyjechała do Wilna.
Ksiądz Michał przyglądał się młodej zakonnicy. Była średniego wzrostu, ruda, piegowata. Zauważył, gdy poczuła na sobie jego wzrok... zarumieniła się. Ksiądz nie domyślał się nawet, jak wielką tajemnicę nosi w sobie ta siostra. Posłuchajcie, co wydarzyło się po chwili.
Faustyna wstała i podeszła do konfesjonału, uklękła i szepnęła: - Znam księdza od dawna. Pokazał mi księdza sam Pan Jezus. Dwa razy.
Ksiądz Michał z trudem przełknął ślinę. Jak to? Przecież widzimy się po raz pierwszy w życiu!
- Naprawdę znam księdza - mówiła Faustyna - Pan Jezus mi o księdzu powiedział: "Oto mój wierny sługa, on ci pomoże spełnić wolę moją na ziemi". Pan Jezus mnie zapewnił, że ksiądz ogłosi światu orędzie o niezmierzonym miłosierdziu Bożym.
Nastała kłopotliwa cisza. Ks. Michał Sopoćko poczuł, że zimny pot oblewa mu plecy. Właśnie poznał kogoś, kto rozmawia z samym Jezusem, twarzą w twarz! Na dodatek powiedziała, że ma być jej kierownikiem duchowym, bo musi wypełnić jakieś plany Boże, które ona będzie mu przedstawiać. Kierownik duchowy to ktoś, najczęściej ksiądz, kto pomaga żyć coraz bliżej Boga.
Kimś takim miał być ksiądz Michał Sopoćko. Miał właśnie pomagać siostrze Faustynie w walce z wadami, by mogła być coraz bliżej Boga. Wyznaczył go do tego zadania sam Jezus. To on prosił siostrę Faustynę, by opisywała wszystkie swoje spotkania i rozmowy z Pan Jezusem. I tak powstał "Dzienniczek". Tak wygląda "Dzienniczek" siostry Faustyny. To rodzaj pamiętnika, w którym spisywała swe rozmowy z Jezusem. Pierwsze zdania napisała w lipcu 1934 roku, a ostatnie w czerwcu 1938 roku. Pisała go przez 4 lata. Skład się z 6 zeszytów i dziś jest najczęściej na świecie tłumaczoną polską książką! Dobrze, że Faustyna posłuchała swojego spowiednika. Kiedyś zdumiona Faustyna usłyszała od Jezusa: "Jego życzenia są moimi życzeniami" i "Jego wola będzie ponad wolę Moją", czyli mówiąc prosto: słuchaj tego księdza bardziej niż Mnie.
Być posłusznym to nie jest takie łatwe. Sami coś o tym wiecie, prawda?
Ile to raz mama musi czasem powtarzać: "Olu, posprzątaj w końcu swój pokój"?
Jaka jest najczęściej odpowiedź? "Mamo, zaraz. Tylko skończy się bajka!".
Albo: "Mateusz, ile razy mam powtarzać? Odłóż wreszcie tę komórkę i zrób zadanie domowe!".
"Zaaaaaraz, tato, jeszcze chwilkę. Wszedłem właśnie w grze na nowy poziom..."
Znacie to, prawda?
Słuchajcie, od dzisiaj wyrzucamy słowa: "zaaaaaraz"; "za chwilę"; "później".
Sami się przekonacie, ile korzyści przyniesie Wam to, kiedy będziecie posłuszni. A jak będzie trudno, przypomnijcie sobie świętą Faustynę. Jutro opowiem Wam, co kazał jej zrobić Pan Jezus, mimo że kompletnie nie umiała tego zrobić.
A w domu sprawdź albo zapytaj rodziców, czy w domowej biblioteczce jest "Dzienniczek" siostry Faustyny i przeczytaj z niego chociaż jedno zdanie.


Wtorek 8.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Dziś papież Franciszek ogłosi Nadzwyczajny Rok. Rok Miłosierdzia. Będzie on trwał przez cały rok kościelny, czyli do przyszłego roku, dokładnie do niedzieli 20 listopada, kiedy to w uroczystość Chrystusa Króla, na tydzień przed kolejnym Adwentem, Rok Miłosierdzia się zakończy.
Na początku każdego Nadzwyczajnego Roku albo Roku Jubileuszowego obchodzonego w Kościele papież uroczyście otwiera w bazylice św. Piotra tak zwane Drzwi Święte. To symbol, znak, że Nadzwyczajny Rok Miłosierdzia Bożego dla wszystkich jest rozpoczęty.
A w XX wieku w Polsce, w naszym kraju, Pan Bóg wybrał kogoś, kto miał wyraźnie opowiedzieć światu o Jego ogromnej miłości. Nie wybrał do tego żadnego supermana, ale skromną, rudą, piegowatą zakonnicę. Nazywała się Faustyna. I to ona właśnie o wielkim Bożym miłosierdziu nam opowie. Zapewniam, że nikt nie zrobiłby tego lepiej.
Ona sama nie rozumiała, dlaczego przez nią właśnie Pan Bóg chce objawić ludziom prawdę o swojej miłości. I dostała odpowiedź od samego Jezusa: "Córko Moja, właśnie przez taką nędzę chcę okazać moc miłosierdzia swego". I Pan Bóg się nie pomylił! Dziś miliony ludzi na całym świecie odmawiają Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Ale o tym opowiem Wam w następnych dniach. Teraz musicie poznać siostrę Faustynę.
Z domu nazywała się Helena Kowalska. Urodziła się 110 lat temu w Głogowcu. Jej rodzice byli rolnikami. Helenka miała dziewięcioro rodzeństwa. Ona była trzecia z kolei. Do szkoły chodziła zaledwie 3 lata, czyli nie była specjalnie wykształcona, ledwo umiała czytać i pisać. A kiedy miała kilkanaście lat, zaczęła zarabiać, by trochę ulżyć rodzicom. Pracowała jako służąca w zamożnych rodzinach. Dla Helenki Pan Jezus zawsze był najważniejszy, od dziecka była w Nim zakochana po uszy.
Nie mogła doczekać się swej Pierwszej Komunii Świętej. Kiedy przyjęła Jezusa do swego dziewięcioletniego serca, była przekonana, że już nic więcej do szczęścia jej nie trzeba. Z biegiem lat ta miłość wcale nie zmalała. Rosła razem z nią. Nie myślcie sobie, że Helenka tylko pracowała i chodziła do kościoła. W żadnym razie. Na przykład lubiła tańczyć.
Kiedyś, gdy mieszkała już poza domem, pewnego wieczoru Helena poszła na tańce. Ludzie wirowali, było głośno i wesoło. Ale dziewczyna nie czuła się w tym towarzystwie dobrze. Coś ją dręczyło. Mimo to zaczęła tańczyć. I nagle... zobaczyła Jezusa! Stanął tuż obok. Był taki smutny...
- Jak długo mam jeszcze na ciebie czekać? - zapytał. To była przełomowa chwila w jej życiu! To tak, jakby Jezus poprosił ją do tańca! Wybrał ją przecież.
- Co teraz, Panie Jezu? - pytała Helena, bo nie wiedziała, co ma robić. Nagle usłyszała głos w swojej duszy: - Jedź natychmiast do Warszawy, tam wstąpisz do klasztoru. Rodzice nie byli zbyt szczęśliwi, gdy im powiedziała, że zostanie zakonnicą. Ale ona była tak zakochana, że tylko Jezus się liczył. Wstąpiła do klasztoru w Warszawie, do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Przyjęła imię Faustyna - odtąd tak ją nazywamy.
Teraz na naszym polskim drzewie życia pojawia się kolejna osoba - siostra Faustyna, wybrana przez Boga do wyjątkowego zadania.

Wszechmogący, wieczny Boże, Ty wybrałeś św. Faustynę do głoszenia niezmierzonych bogactw Twojego miłosierdzia, spraw, abyśmy za jej przykładem w pełni zaufali Twemu miłosierdziu i wytrwale pełnili dzieła chrześcijańskiej miłości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen


Poniedziałek 7.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Przez najbliższy 2016 rok Polska będzie świętować rocznicę swojego chrztu. To było najważniejsze wydarzenie w historii Polski. Bez niego nie byłoby naszego kraju. Ziarno zostało i dobrze pielęgnowane, bo przez 1050 lat wyrosło na ogromne, wciąż zielone drzewo. Wśród korzeni adwentowego drzewa życia mamy ilustracje pięciu osób, które gotowe były oddać życie za wiarę w Jezusa. Oczywiście to tylko jedne z wielu, bo w rzeczywistości było ich dużo, dużo więcej.
Wielkie rzeczy zdarzyły się w naszej ojczyźnie, a jeszcze większe przed nami. Takie, o których Mieszkowi ani nawet św. Wojciechowi się chyba nie śniło. Dzisiaj w historii Polski zrobimy skok milowy. Na naszym drzewie życia przesuwamy się na jego pień, a w historii do XX wieku, dokładnie do roku 1920. Mapa Polski tylko w niektórych fragmentach przypominała tę obecną. Ale na szczęście w granicach Polski było wtedy miasto Wadowice, a urodził się w nim... pewnie już się domyślacie. Jan Paweł II. W Wadowicach mówili na niego Lolek, bo na chrzcie otrzymał imię Karol. Na początku był chłopcem takim jak wielu z Was. Chodził do szkoły, był ministrantem i uwielbiał grać w piłkę. Był naprawdę dobry na boisku. W szkole świetnie sie uczył - każdy chciał z nim siedzieć w ławce. Potem poszedł do gimnazjum, na studia. Nie, nie od razu do seminarium. Nie od razu chciał być księdzem - przynajmniej tak mu się wydawało. Karol Wojtyła chciał być aktorem. Pan Bóg jednak miał dla niego inny plan. I dobrze, że Karol słuchał Pana Boga, bo plan dotyczył nie tylko Karola, ale Polski i całego świata. Karol został księdzem, potem biskupem, kardynałem i ... w końcu wybrano go na papieża.
Było popołudnie, kilkanaście minut po piątej, 16 października 1978 roku. Kardynałowie już wiedzieli: Karol Wojtyła, kardynał z Polski, otrzymał wystarczającą liczbę głosów, by zostać papieżem.
To było wydarzenie historyczne. Ludzie, którzy pamiętają ten dzień, ze szczegółami potrafią opowiadać, co wtedy robili, gdzie byli, gdy dotarła do nich ta wiadomość. Zapytajcie o to Waszych dziadków albo może nawet rodziców, jeśli już wtedy byli na świecie.
Nikt nie przypuszczał, że papieżem kiedykolwiek zostanie Polak. Wszyscy myśleli, że już zawsze papieżem będą Włosi, bo tak było dotąd przez 450 lat. Tylko Pan Bóg wiedział, że może być inaczej.
W swoim herbie Jan Paweł II umieścił krzyż i literę "M", a słowa "Totus Tuus", czyli "Cały Twój, Maryjo" były Jego hasłem przewodnim.
Ludzie szybko poznali ogromną, prawdziwą wiarę Jana Pawła II i jego szczerą miłość do Matki Bożej. Słuchali go jak samego Jezusa, kochali go jak ojca. I chociaż często stali podczas spotkań z nim w wielotysięcznym tłumie, mieli wrażenie, jakby Jan Paweł II mówił do nich osobiście, w cztery oczy.
Umarł 2 kwietnia 2005 roku, w wigilię święta Miłosierdzia Bożego, które sam ustanowił. Cały świat wtedy płakał tak, jakby umarł ktoś najbliższy z rodziny. Właściwie tak było, bo umarł nasz Ojciec Święty, wielki papież i największy Polak. Jeśli kiedyś będziecie za granicą, na drugim końcu świata, przekonacie się, że choć o Polsce ludzie wiedzą niewiele, to na sto procent znają Jana Pawła II, który wiarę wyniesioną z polskiego domu rodzinnego niósł całemu światu.

Święty Janie Pawle II, nasz skuteczny orędowniku i wspomożycielu w trudnych sprawach. Ty, który swoim życiem świadczyłeś o wielkiej miłości do Boga i bliźnich, prowadząc nas drogą Jezusa i Maryi i zawsze służąc ludziom. Przez miłość i wielkie cierpienie ofiarowane za Kościół i cały świat, każdego dnia zbliżałeś się do świętości. Proszę cię o wstawiennictwo w mojej sprawie. Wierzę, że przez twoją wiarę, modlitwę i miłość pomożesz zanieść ją do Boga. Ufam w miłosierdzie Boże i moc twojej papieskiej modlitwy. Pragnę przez Jezusa i Maryję za twoim przykładem zbliżać się do Boga. Amen


Piątek 4.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Od chrztu Polski do czasów św. Jacka minęło około dwóch i pół wieku, czyli jakieś 250 lat. Polska była już wtedy w całkiem innym miejscu, to znaczy jej sytuacja była całkiem inna. Władcy zdążyli się już w tym czasie pokłócić i Polskę podzielić między siebie. Tylko chrześcijaństwo, zasiane w 966 roku, trwało i korzenie zapuszczało coraz głębiej. Choć bywało różnie, niektórzy wracali do pogaństwa, ale ważne, że wśród wiernych byli tacy jak św. Jacek, którzy z Dobrą Nowiną o miłości Pana Jezusa odważnie wyruszali poza granice naszego kraju. A teraz zrobimy historyczny skok długości prawie dwustu lat.
Dawno temu przybyła do Polski młoda i piękna królewna węgierska. Zamieszkała w Krakowie na Wawelu. Często spacerowała po krakowskich uliczkach i pokochała to miasto. Pewnego dnia zauważyła przy budowie jednego z kościołów młodego kamieniarza. Pracował ciężko i sumiennie, ale był wyjątkowo zamyślony. Nie patrzył na nikogo. Nie zauważył nawet, że na placu budowy pojawiła się królowa.
- Dlaczego jesteś taki zmartwiony? - zapytała mężczyznę.
- Pani, zostawiłem w domu chorą żonę i gromadkę dzieci. A nie mam pieniędzy, by wezwać medyka.
Nie namyślając się długo, królowa odpięła złotą klamrę od swojego trzewika i podała robotnikowi: "Weź to, dobry człowieku" - powiedziała i odeszła szybko. Zaskoczony kamieniarz zauważył, że na kamieniu, na którym stanęła królowa, pozostał ślad. Obkuł kamień wokół śladu tak, że powstał odcisk królewskiej stopy.
Piękne opowiadanie - ta legenda przekazywana od najdawniejszych czasów. A jak wiecie, w każdej legendzie jest jakieś ziarenko prawdy. W tej legendzie też. I tak prawdą jest to, że królową Polski pod koniec XIV wieku była najmłodsza córka Ludwika Węgierskiego. Prawdą jest też to, że była to królowa o niezwykle wrażliwym sercu, troszcząca się serdecznie o swoich poddanych.
Jadwiga miała zaledwie 10 lat, kiedy została koronowana na króla Polski. Wyobrażacie to sobie? A kiedy miała 12 lat, została żoną Władysława Jagiełły. Dzisiaj to nie do pomyślenia nawet...
Królowa Jadwiga mimo swojego młodego wieku rozumiała więcej. Mówiono o niej, że jest bardzo mądra. Swoje decyzje zawsze uzgadniała z Jezusem. Do tej pory jest na Wawelu krzyż, przed którym zawsze modliła się młoda królowa. Tak było też pewnie przed ślubem z Jagiełłą, a była to decyzja niezwykle trudna.
Jagiełło był księciem Litwy. Jadwiga nie znała go wcale. Ale dla dobra Polski, Litwy i Kościoła zgodziła się zostać jego żoną. Jadwiga razem ze swoim mężem zaniosła wiarę w Jezusa do naszych braci Litwinów. Nad Bałtykiem powstał nowy kraj chrześcijański.
Jadwiga żyła krótko, bo tylko 26 lat, ale pięknie i zawsze dla innych. Nigdy dla siebie. Wiedziała, że mało jest takich, których stać na kształcenie i naukę. Dlatego wszystkie swoje kosztowności oddała, by ratować krakowską uczelnię. Nawet swoje złote królewskie berło oddała uniwersytetowi, a sama posługiwała się pozłacanym drewnianym. To dzięki królowej Jadwidze na Uniwersytecie Jagiellońskim powstał wydział teologiczny. Kiedyś uniwersytety miały dużo większe znaczenie w Europie, jeśli na swojej uczelni miały kierunek, na którym wykładano naukę o Bogu, o religii.
Święta Jadwiga dobrze wiedziała, że wiara, po pierwsze, potrzebuje zrozumienia, a po drugie, że jeśli naród będzie dobrze wykształcony, to ludziom będzie się lepiej żyło.
Czego uczy nas święta Jadwiga, młoda i mądra królowa Polski?
Miłości do Boga i ojczyzny, odpowiedzialności za powierzone zadania, a przede wszystkim wielkiej, ofiarnej miłości na co dzień.
Przypomnijcie sobie dzisiaj, za co jesteście odpowiedzialni w domu, w szkole, i pomyślcie, czy to zadanie dobrze wypełniacie. I druga sprawa. Rozejrzyjcie się wokół siebie, może ktoś, szczególnie przed świętami, potrzebuje pomocy.

Święta Jadwigo królowo! Patronko nasza! Orędowniczko prawdy i dobra, strażniczko chrześcijańskiej kultury i obyczajów, pani piękna i miłosierna bądź nam wzorem świętości.
Ty, która patrzyłaś oczyma wiary i czyniłaś zgodnie z tym, co ci Bóg objawił – uproś nam u Chrystusa, naszego Pana wiarę światłą i żarliwą, i łaskę, byśmy świadectwem życia i słowem mogli dzielić sie wiarą z innymi. Amen


Czwartek 3.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Przybywa nam dni adwentowych. Widać to też na naszej dekoracji adwentowej. Korzenie drzewa życia umacniają nam się coraz bardziej. Wśród nich pojawiają się ludzie, którzy począwszy od chrztu Polski, swoją odwagą i gorliwością umacniali wiarę w naszej ojczyźnie.
Dzisiaj w naszej historii przeniesiemy się trochę w czasie o jakieś niecałe dwieście lat. Dużo zmieniło się w Polsce od chrztu, kiedy to Mieszko i jego syn Bolesław Chrobry bardzo dbali, by ludzie trzymali się razem, by kraj był bezpieczny, silny i miał dobre układy z sąsiadami.
Po latach potomkowie pierwszego polskiego księcia nie potrafili się niestety porozumieć i doszło do podziału Polski. W jednej z dzielnic, na Śląsku, w Kamieniu, w rodzinie Odrowążów urodził się Jacek. Było to pod koniec XII wieku.
Jacek miał szczęście, bo rodzina dbała o dobre wychowanie i wykształcenie swoich dzieci. Dlatego postanowiono wysłać syna do krakowskiej szkoły katedralnej. Rodzice mogli być spokojni, bo w dalekim Krakowie Jacek zamieszkał podobno u swojego wujka, Iwona Odrowąża, który wtedy był biskupem krakowskim.
Biskup Iwo był dobrym przykładem dla Jacka. Oddany Bogu i ludziom, fundował kościoły, klasztory. Chciał do Polski sprowadzić dominikanów, ale jakoś wciąż nie było to możliwe. Jacek z Krakowa nie wrócił na Śląsk, ale pojechał dalej. W tamtych czasach było to niesamowite. Studiował jeszcze potem w Paryżu, Bolonii i w Rzymie. Tam spotkał się ze św. Dominikiem i zauroczony jego przykładem wstąpił do zakonu. Został pierwszym polskim dominikaninem. Stało się to, czego tak pragnął Iwo Odrowąż. Jacek założył w Krakowie pierwszy klasztor dominikanów. I nie poprzestał na tym. Coraz głośniej było o nim w Polsce i w całej Europie. On - zakonnik z Polski - niósł z mocą i wielką pasją Dobrą Nowinę przez całą środkową Europę i jeszcze dalej, bo niektórzy mówią, że dotarł nawet do Kijowa i dalekiej Skandynawii. Święty Jacek miał też wielkie nabożeństwo do Matki Bożej. Pewnego dnia podczas modlitwy przed Jej obrazem, usłyszał słowa: "Synu, Jacku, raduj się, bo twoje modlitwy są przyjemne i miłe mojemu Synowi. O cokolwiek prosić będziesz za pośrednictwem mojego imienia, u Niego uzyskasz".
Legenda mówi, że gdy św. Jacek uciekał z Kijowa przed Tatarami, zabrał ze sobą Najświętszy Sakrament, by uchronić Go przed zniszczeniem. Gdy przechodził obok figury Matki Boskiej, ta odezwała się: "Jacku, zabierasz mojego Syna, a mnie zostawiasz?". Tak właśnie jest często przedstawiany: z Najświętszym Sakramentem i figurą Matki Bożej.
Prośmy na koniec tego wielkiego apostoła:

Święty Jacku, apostole Słowian, naucz nas kochać Jezusa w Najświętszym Sakramencie i naśladować Jego Matkę, Maryję. Bądź patronem naszego nawrócenia. Spraw, aby w tym, co Ty zacząłeś, Pan Jezus chciał się nami posługiwać. Amen


Środa 2.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Trzymamy w rękach lampiony - to ważny symbol. Światło rozprasza ciemności. Ponad 2 tysiące lat temu Pan Jezus, przychodząc na ziemię, rozproszył ciemności grzechu. Ponad tysiąc lat temu w Polsce ciemności grzechu rozproszył chrzest, który w imieniu Polan przyjął nasz pierwszy władca Mieszko.
Po śmierci biskupa Wojciecha niemiecki cesarz Otton III zachęcał Chrobrego, by nie zmarnowało się to, co zaczął Wojciech. I zaproponował, by W Polsce zamieszkali zakonnicy. Mogliby głosić Słowo Boże tym Słowianom, którzy jeszcze nie przyjęli wiary.
Tak z dalekich Włoch, przybyli do Polski dwaj pustelnicy: Benedykt i Jan. Ludzie bardzo szanowali pustelników, którzy żyli osobno i mieli dużo czasu na spotkania z Bogiem podczas modlitwy. Przychodzili do nich, prosząc o życiowe i duchowe porady. Benedykt i Jan zamieszkali niedaleko Międzyrzecza. Wkrótce dołączyli do nich dwaj bracia mieszkający niedaleko, Mateusz i Izaak. Po jakimś czasie zgłosił się piąty młody chłopak, Krystyn, który został kucharzem. Mnisi przygotowywali się do ważnego zadania. Mieli być misjonarzami Jezusa wśród Słowian, którzy jeszcze nie przyjęli wiary. Włosi musieli się przede wszystkim nauczyć języka. Wspierał ich bardzo Bolesław Chrobry. Często prosił zakonników o modlitwę. Kiedyś, widząc ich biedne życie, ofiarował im sporo srebrnych pieniędzy. Mnisi postanowili je zwrócić, ale wiadomość o skarbie w klasztorze dotarła do okolicznych rabusiów. I stała się rzecz straszna.
W nocy z 10 na 11 listopada 1003 roku chciwi bandyci napadli na śpiących pustelników. Nie uwierzyli w tłumaczenia, że kosztowności odesłali królowi. Przeszukali pustelnię, a zakonników pozbawili życia. Pierwszy zginął Jan od śmiertelnych ciosów mieczem. "Niech Bóg wspomaga was i nas" - powiedział podobno przed śmiercią. Benedykt był drugi - zabito go uderzeniem w głowę. Izaak błogosławił swoim mordercom, umierając w celi obok. Mateusz wybiegł ze swojej celi w kierunku kaplicy, gdy trafił go oszczep zabójców. Ostatni zginął Krystyn mieszkający oddzielnie.
Ludzie byli oburzeni śmiercią niewinnych dobrych zakonników. Biskup poznański pojechał do Rzymu, by o wszystkim opowiedzieć papieżowi. I rok po śmierci ogłoszono mnichów świętymi męczennikami Polski. Ich męczeństwo wspominamy każdego roku 13 listopada.
Nie chodzi jednak o to, by opowiadać horrory o brutalnej śmierci. Chodzi o to, byśmy zobaczyli, że w tych ludziach wiernych Jezusowi, Ewangelii, nie było odrobiny nienawiści, że oni potrafili przebaczać naprawdę. Tak jak uczył Jezus.
Pomyślcie, czy macie komu przebaczyć, i nigdy nie mówcie, jak czasem to się zdarza: "Nie przebaczę do końca życia". Prośmy o to przez wstawiennictwo naszych świętych braci męczenników.

Święty Benedykcie, do końca oddany sprawie Bożej - módl się za nami.
Święty Janie, uśmiech i dobroć rozdający - módl się za nami.
Święty Izaaku, przewodniku młodzieży na drodze do kapłaństwa - módl się za nami.
Święty Mateuszu, u Jezusa szukający ratunku - módl się za nami.
Święty Krystynie, usługujący przy stole i przy ołtarzu - módl się za nami.


Wtorek 1.12.2015

kliknij, aby powiększyć

Na naszej dekoracji adwentowej właśnie przy korzeniach umieściliśmy wczoraj pierwszy obrazek przedstawiający księcia Mieszka I przyjmującego chrzest. Chrzest Polski był początkiem czegoś całkiem nowego. To był początek państwa polskiego. Można powiedzieć, że wtedy zaczęła się Polska. Nie wiemy dokładnie, gdzie chrzest miał miejsce. Działo się to w okolicach Gniezna. W Gnieźnie znajdowała się pierwsza stolica Polski. Do dziś to miasto i jego okolice kryją wiele śladów naszych początków. W gnieźnieńskiej katedrze znajduje się też grób głównego patrona Polski, świętego Wojciecha.
Św. Wojciech koniecznie musi znaleźć miejsce wśród korzeni naszego drzewa życia. Krąży o nim mnóstwo legend. Nawet w szkolnych podręcznikach do języka polskiego możecie je przeczytać.
Św. Wojciech pochodził z Czech a studiował w Niemczech. Kiedy miał 27 lat został biskupem Pragi. Ale że był niepokorny i nie wszystkim podobała się jego odwaga, dwa razy musiał stamtąd uciekać. Przyjął go serdecznie papież w Rzymie, a benedyktyni na Awentynie dali mu schronienie. Stamtąd biskup Wojciech przybył do Polski. Dokładnie 30 lat po tym, jak Mieszko przyjął chrzest.
Wiadomo, że biskup Wojciech krótko u nas przebywał. I to wcale nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że zginął z rąk pogańskich Prusów.
W tym czasie rządy w Polsce sprawował już Bolesław zwany Chrobrym - najstarszy syn Mieszka I. Dużo nauczył się od swojego ojca, a nasz kraj za jego panowania coraz bardziej liczył się w Europie. Chrobry przyłączył do Polski nowe ziemie. Bolesławowi bardzo zależało, by sąsiadujące z Polską pogańskie kraje też przyjęły chrzest. Dlatego cieszył się, że przybywa do nas biskup Wojciech. Chrobry planował, że gorliwego misjonarza wyśle do Prus. Zadanie jednak okazało się bardzo trudne. Prawdopodobnie w okolicy dzisiejszego Elbląga na miejscowym targu czeskiego misjonarza zatrzymano, osądzono i wywieziono z Prus. Pod groźbą śmierci zabroniono wracać.
Biskup Wojciech jednak i jego dwaj towarzysze nie zrezygnowali. Wrócili i 23 kwietnia 997 r. w pobliżu miejsca zwanego Świętym Gajem - jakieś 20 kilometrów od Elbląga - biskup Wojciech odprawił Mszę świętą, jak się potem okazało - ostatnią. Został tam rozpoznany i zabity.
Chrobry bardzo się przejął, gdy doszła do niego wiadomość o męczeńskiej śmierci biskupa. Zażądał wydania ciała. Prusowie zgodzili się, ale pod warunkiem, że dostaną tyle złota, ile będzie ważyć ciało biskupa Wojciecha.
Święty Wojciech musiał być wyjątkowy, bo już dwa lata po jego męczeńskiej śmierci papież ogłosił go świętym. Ludzie z daleka pielgrzymowali do jego grobu. A niemiecki cesarz Otton III przez całe Gniezno do samego grobu szedł boso.

Św. Wojciech krótko przebywał w Polsce, ale do dziś jest u nas czczony i od wieków jest głównym patronem Polski.
Święty Wojciechu, patronie naszej Ojczyzny. Bądź naszym przewodnikiem do nieba. Uproś nam wielką odwagę, byśmy zawsze umieli przyznać się do Jezusa. Amen


Poniedziałek 30.11.2015

kliknij, aby powiększyć

W tym roku w I niedzielę Adwentu zaczęliśmy świętować jubileusz 1050 lat, jakie upłynęły od czasu, gdy Mieszko przyjął chrzest. Stąd tegoroczna modlitwa adwentowa przebiegać będzie pod hasłem „Drzewo życia. Chrzest źródłem miłosierdzia”. Sięgniemy do początków chrześcijaństwa w Polsce, by poprzez miłosierdzie Bożę zobaczyć, jakie owoce mamy przynosić w codziennym życiu. Poznamy wielu naszych przodków, którym bardzo zależało, by coraz więcej ludzi uwierzyło Panu Jezusowi, by On był jedynym Panem ich życia. Ta 1050-letnia historia nie skończyła się. Każdy ochrzczony ma w Drzewie życia swoje miejsce i zadanie. Niech Adwent pomoże nam je rozpoznać.

A jak to było z chrztem Polski? To tak odległe czasy... Świadkowie tego wydarzenia dawno już przecież nie żyją. Nie ma też żadnych dokumentów spisanych z czasów Mieszka I. Są jedynie pozostałości i kroniki, ale napisane już po śmierci księcia - pewnie na podstawie opowieści innych. I według nich przyjęto, że Polska przyjęła chrzest w Wielką Sobotę, 14 kwietnia 966 r. Ten dzień uważa się też za historyczny początek państwa polskiego. Mieszko zrozumiał, że gdy Polska odłączy do rodziny państw chrześcijańskich, stanie się silniejszym i bezpieczniejszym krajem. I na chrzest się zdecydował. O odtąd było łatwiej i jemu, i Polsce. Bo razem z chrztem przyjął wszystkie wzory, by zorganizować i wzmocnić młode państwo. I to mu się udało.
Odtąd już na wieki Polska i każdy, kto przyjmuje chrzest, należą do Chrystusa. Zasiane w 966 roku ziarenko wiary rosło coraz bardziej i coraz głębiej zapuszczało korzenie.
Córka Mieszka I, Świętosława, kiedy została żoną króla Szwecji, przyczyniła się do przyjęcia chrześcijaństwa przez ten kraj. Natomiast najstarszy syn Mieszka, Bolesław Chrobry, pierwszy król Polski, starał się bardzo, by sąsiadujące z nami kraje pogańskie przyjęły chrzest. Dlatego o pomoc poprosił biskupa Wojciecha z czeskiej Pragi. Ale o tym opowiem Wam jutro. W domu zapytajcie rodziców o datę i miejsce chrztu. To bardzo ważne, byście znali nie tylko datę swoich urodzin czy imienin, ale również datę swojego chrztu. Bez tego sakramentu przecież wierzący nie mogą iść dalej. Nie mogą zrobić ani jednego kroku w stronę Pana Jezusa. Dobrze też wiedzieć, gdzie odbył się chrzest. Jeśli w kościele parafialnym, sprawa jest prosta, bo na każdej Mszy spoglądacie na chrzcielnicę, przy której rodzice prosili dla was o chrzest. A jeśli w innym mieście, w innej parafii, to warto od czasu do czasu zrobić wycieczkę do miejsca chrztu. Może przy okazji Pierwszej Komunii albo bierzmowania... Warto też wiedzieć, kto był Twoim chrzestnym. Warto pamiętać o chrzestnych i modlić się za nich.

Dzięki Ci, Boże, za chrzest święty,
Który mnie wszczepił w rodzinę Bożą,
Jest to dar łaski wielki i niepojęty,
Który nam dusze przeobraża.